Krzysztof 63 napisał(a):Pierwszego dnia akcji, przez zaskoczenie, byc moze bedzie mozliwosc wysadzenia dwoch p.piech i jednego p.spad.
Przecież mieszkańcy Wysp Brytyjskich "od zawsze" zdawali sobie sprawę ze strategicznego znaczenia obszaru na którym chcesz się desantować i fortyfikowali go co najmniej od dwóch tysięcy lat

A latem 1940 spodziewali się inwazji i osiągnęli stan porównywalny chyba tylko z japońskimi przygotowaniami w 1945. Jakim cudem chcesz ich zaskoczyć...
Anglicy zniszczyli większość nabrzeży, pokryli plaże przeszkodami i minami, gdzie mogli zalali nadbrzeżne tereny. Za plażami ciągnęły się kolejne linie zapór, punktów oporu, blokad, pułapek. Mosty i tunele były przygotowane do wysadzenia. Usunięto drogowskazy. Zlikwidowano stacje benzynowe. Ewakuowano blisko połowę cywilów - dzieci, kobiety i innych nieprzydatnych w obronie a całą resztę organizowano do stawiania oporu. Brakowało klasycznego uzbrojenia ale improwizowano najdziwniejsze mordercze wynalazki, głównie na bazie mieszanek łatwopalnych. Nie tylko angielskie odmiany
koktajli mołotowa ale też miotacze płomieni, fugasy ogniowe z beczek 200 litrowych (kilkadziesiąt tysięcy) a nawet pułapki w których parę tysięcy litrów paliwa miało zalać nisko położony fragment drogi. Osady i miasteczka były przygotowane do obrony okrężnej przy użyciu Home Guard, policji, straży pożarnej i innych organizacji - w zasadzie każdy miał zabijać Niemców a przynajmniej utrudniać im życie. Home Guard miało mobilne pododdziały wyposażone w zmobilizowane rowery, konie, motocykle, samochody - w tym improwizowane samochody pancerne. Planowano też użycie kilkuset (~300?) Tiger Moth'ów jako lekkich bombowców. Eksperymentowano też ze sprzętem do odcinania w locie skoczków od spadochronów czy rozpylania trucizn... Same lotniska były przygotowane do obrony przed próbą zajęcia z powietrza i do zniszczenia gdyby nie dało się ich utrzymać. Tu pojawiają się takie wynalazki jak opancerzone gniazda km'ów które można schować poniżej poziomu pasa startowego czy przetoczyć na bok tak by na co dzień nie utrudniały użytkowania lotniska. Albo pługi specjalnie zaprojektowane do szybkiego zaorania nawierzchni pasa. Każde większe pole wzdłuż wybrzeża, które mogło by zostać użyte przez spadochroniarzy czy szybowce zostało zabezpieczone przeszkodami. O bardziej konwencjonalnych przygotowaniach regularnej armii koledzy pisali już wyżej...
Załóżmy że jakimś cudem Niemcy zdołali zablokować Cieśninę Dover minami, skutecznie zbombardowali niszczyciele w samym Dover związali RAF na tyle że nie zdołał zmasakrować junkersów i barek (czy na czym tam zamierzasz przewozić wojsko - Niemcy nie mieli latem 1940 wyspecjalizowanego sprzętu desantowego). Ale jakieś myśliwce musiały by się dorwać do samolotów transportowych. Twój pułk dzielnych fallschirmjäger rozprasza się na sporym obszarze... Lądują. załóżmy że Anglicy nie strzelają ale i tak wielu skoczków albo nie żyje po lądowaniu, albo jest ranna albo usiłuje pomóc rannym towarzyszom, poszczególne pododdziały i grupki nie mają kontaktu. Mają tylko lekką broń, z niewielką ilością amunicji. Na Krecie kompanię spadochroniarzy zmasakrowali wieśniacy przy użyciu narzędzi rolniczych - tu mamy "tubylców" jednak znacznie lepiej wyposażonych. Obawiam się że do zmierzchu większość desantu powietrznego została by wybita, resztki albo by się gdzieś broniły albo były by tropione przez myśliwych z psami... No chyba że planujesz ich jednak rzucić do szturmu na jakieś lotnisko - wtedy jeszcze szybciej bedzię "pozamiatane", pomyśl tylko o ludziach zaplątanych w linki, na równiutkim polu startowym, pod ogniem karabinów maszynowych i lekkich działek przeciwlotniczych...
Tymczasem desant morski dociera do plaż. Właśnie plaż... Nie ma pomostów, nabrzeży, jakichś żurawi. Amfibii zresztą też właściwie nie ma... Najpierw trzeba pokonać coś w rodzaju palisady z rur, jeszcze w wodzie, potem na plaży drut kolczasty, miny. Niemieckie lotnictwo wiąże co prawda RAF ale wsparcia to już na pewno nie zapewni, aż takich cudów to nie ma. To samo z flotą... Czyli Niemcy lądują bez wsparcia, mają tylko to co przywieźli ze sobą. Muszą tylko działa wyciągnąć ręcznie na ląd ustawić, przynieść amunicję i już mogą strzelać. Oczywiście do tego zadania wybrano by elitę wehrmachtu więc nadludzie torują przejścia przez przeszkody, wydostają się z plaż, niszczą gniazda karabinów maszynowych, posuwają się kilkaset metrów w głąb lądu... No i to chyba wszystko na co ich stać. Nawet jak utrzymają przez kilka dni przyczółki to za daleko się nie posuną, ciężki sprzęt na plaży nie wyląduje a w końcu w rejon lądowania dotrą główne siły Home Fleet ze Scapa i zmasakrują desant.
W ogóle, patrząc na siły które chcesz rzucić do ataku to nie żadna inwazja tylko rajd. Przy braku szans na panowanie w powietrzu i miażdżącej przewadze Royal Navy rajd samobójczy. Takie Dieppe w drugą stronę i do kwadratu.
Pozdrawiam.