Past, a mi tak bardzo "skakał gul" po tej Waszej wycieczce, że odłożyłem trochę dukatów i sam się wybrałem... zwłaszcza, że cała wycieczka była pomysłem mojej żony (!!!)
Prezes naszej GRH również namówił swoją dziewczynę i pojechaliśmy... No cóż - wróciliśmy, odespaliśmy, ale z wrażeń otrząśniemy się chyba dopiero za ładnych klika tygodni

Moim zdaniem w skali 1 do 10, wycieczce daję jakieś 12,5... a dlatego "tylko tyle", bo czuję ogromny niedosyt. Prezes zapewne podzieli moje zdanie.
A zatem konkrety: spaleni słońcem po sobotniej inscenizacji Jugowicach, zapakowaliśmy się w brykę Prezesa (chwała mu za udostępnienie wygodnego pojazdu, który miał klimę i nie żarł paliwa jak T34) i o 22:30 ruszyliśmy w objazdówę: Verdun - Paryż - Normandia - Ardeny. Z zaplanowanej trasy, czasu nie starczyło nam jedynie na Mont St. Michel, ale co się odwlecze... Resztę planu podróży zrealizowaliśmy w 100%, mimo permanentnego braku czasu, kasy i wody w chłodnicy

Objazd zakończyliśmy w piątek (wczoraj) o 9:30 rano.
To co przedstawiam poniżej, to jedynie mglisty i oględny zarys tego co widzieliśmy, gdzie byliśmy i co przeżyliśmy.
A teraz mini raport z podróży i kilkanaście zdjęć, których mamy łącznie około dwóch tysięcy.
Kilkugodzinna wizyta w Verdun - same miasto jest przeurocze! Jednak okoliczne pola pamiętają co się tu działo w pierwszej połowie 1916 roku:
Poległych upamiętnia potężne Ossuarium, wybudowane na fundamencie usypanym z ich kości:
Tranchée Des Baionettes - miejsce w którym Francuzi 137 Dywizji Piechoty do dziś stoją gotowi do szturmu, z bagnetami nałożonymi na karabiny:
Ruiny pobliskiego fortu Douaumont:
Oraz sam fort od środka (na zdjęciu potężny kołowrót obracający Panzerturmem):
Potem mały odpoczynek od klimatów wojennych, czyli Paryż (głównie ze względu na nasze kobiety) i pozdrowienia z czubka Wieży Eiffla:
Paryż był tylko przystankiem przed głównym daniem, czyli Normadią, której zwiedzanie zaczęliśmy od Mostu Pegaza, między Caen a Ouistreham...
...i supermocarnej kawy serwowanej w Café Gondreé - pierwszego budynku wyzwolonego przez aliantów w nocy z 5 na 6 czerwca 1944 roku:
Potem szybka podróż wybrzeżem Normandii, mijając kolejno plaże: Sword, Juno i Gold, aby na wysokości Colleville-sur-Mer dotrzeć do plaży Omaha i o zachodzie słońca rozwinąć na niej baner naszej grupy:
Kolejny dzień zaskoczył nas pogodą dokładnie taką, jaką mieli alianci w pierwszych dniach lądowania. Zwiedzanie baterii dział w Longues-sur-Mer odbyliśmy w siąpiącym deszczu, którym poczęstował nas Kanał LaManche:
Jednak normandzka pogoda wyglądała dokładnie jak w "Szeregowcu Ryanie" - ciężka szarość nieba dosłownie w kilkanaście minut zamieniła się w błękit...
...dzięki czemu Ste-Mére-Eglise zwiedzaliśmy już w upale:
Krótka wizyta w muzeum 101 i 82 DPD w Ste-Mére-Eglise...
...i już nasza czarna strzała mknie dalej przez krainę żywopłotów w kierunku Ste-Marie-du-Mont...
...za którą swoje betonowe skarby...
...skrywa plaża Utah:
Nieco dalej na południowy wschód leży taki sobie jeżyk - jeden z wielu rozsianych po całym rejonie:
Dalej ruszamy do Carentan. Po drodze o mal nie przegapiliśmy St-Côme-du-Mont i muzeum Dead Man's Corner (kto grał w Brothers in Arms, ten doskonale zna historię tego budynku):
A w samym budynku rozlokowali się niemieccy spadochroniarze, aby trochę odsapnąć i opatrzyć rannych:
Tej nazwy nikomu nie trzeba wyjaśniać:
Urocze Carentan, w którym zjadłem najdziwniejszą pizzę w życiu (ciasto cienkie jak naleśnik + mielone mięso + ser + surowe jako):

Następny postój: La Cambe - niemiecki cmentarz wojenny:
Kwadrat 47, rząd 3, grób 120 - Michael Wittmann wraz z załogą:
Kolejny przystanek: księżycowy krajobraz Pointe-du-Hoc:
Jedno z dział, których nigdy tam nie było...
...i widok w stronę brytyjskiego wybrzeża w charakterystycznym zębem - po takim klifie musieli wspinać się Rangersi:

Jeden z wielu "klamotów" rozrzuconych wzdłuż drogi na wschód:
I znów Omaha - tym razem na wysokości Vierville-sur-Mer
Je suis Pologne - udało nam się przechwycić naszą flagę od tubylców:
I wracamy na nocleg do przeuroczego Colleville-sur-Mer, jakby żywcem wyciągniętego z Call of Duty:
Poranek. Na śniadanie znowu: bagietki, croissanty, dżemy, kakao i kawa. I dalej w drogę: wracamy do Vierville, na amerykański cmentarz...
...i składamy ostatnią już wizytę na plaży Omaha:
Ze smutkiem powoli zmierzamy na wschód, żegnając się z Normandią. Ale po drodze zahaczamy jeszcze o Arromanches, gdzie zwiedzamy tamtejsze muzeum...
...oraz resztki sztucznego portu Mulberry:
I znów jesteśmy w Ouistreham, gdzie odwiedzamy totalną perełkę: "Le Grand Bunker":
Prezes desantuje się z oryginalnego LCVP - ten egzemplarz użyty był w "Szeregowcu Ryanie":
A w samym "Le Grand Bunker" pięć pięter fantastycznych dioram, w takim stylu:
I rozpoczęliśmy końcowy etap podróży: "Szalona Operacja: obiad we Francji, a w Belgii kolacja": Pierwszy przystanek - Bastogne...
...które okazało się kolejnym uroczym miastem, w niczym nie przypominającego ośnieżonego gruzowiska, które znamy z "Kompanii Braci":
W drodze do Malmedy odwiedziliśmy La Glieze, gdzie już po zmierzchu, tuż za zakrętem czaił się na nas Tygrys Królewski:
A potem, mijając Trois Ponts, dotarliśmy do ostatniego etapu podróży:
Malmedy późną nocą...
...gdzie wypiliśmy kawę i ruszyliśmy w drogę powrotną.
I tak się skończyła przygoda. Tak jak wspominałem, pozostał nam ogromny niedosyt i z braku czasu musieliśmy pominąć wiele ciekawych miejsc. Nie wiem jak Prezes, ale ja na bank tam wrócę.
Póki co zostały tylko wspomnienia i oczywiście piasek z plaży Omaha, którego przywieźliśmy ładnych parę kilogramów
